nowaSroda

Środa Wlkp. Powiatowy Portal Internetowy

Reklama

Start Artykuły Wywiady NAJGORSZA W SZTUCE JEST OBOJĘTNOŚĆ, A WOBEC BIG CYCA TRUDNO BYĆ OBOJĘTNYM
NAJGORSZA W SZTUCE JEST OBOJĘTNOŚĆ, A WOBEC BIG CYCA TRUDNO BYĆ OBOJĘTNYM Drukuj Email
Wpisany przez Małgorzata Frąckowiak   
piątek, 02 sierpnia 2013 12:00

Podczas Zaniemyskich Bitew Morskich wystąpił zespół Big Cyc. O padaniu na scenę, spieraniu się z polską rzeczywistością, muzycznym edukowaniu oraz o tym, kto i dlaczego boi się piosenek Big Cyca, z jego wokalistą i liderem – Krzysztofem Skibą rozmawiał Szymon Hamela

Od ćwierć wieku Big Cyc stoi na barykadzie rock’n’rolla. Macie jeszcze siły na granie – jak to określiliście na okładce pierwszej płyty – „hitów w stylu lambada hardcore”?

- Wiesz co? Ja myślę, że dzisiejszy koncert to już pokazał. Zebraliśmy dużo gratulacji i takich szczerych komplementów. Nam granie sprawia przyjemność i to jest frajda, nie ma nic gorszego niż odcinanie kuponów od tego, co się zrobiło już wcześniej i granie tylko dla pieniędzy. Nasz zespół powstał z autentycznej potrzeby twórczej i potrzeby serca. Tak jest do dzisiaj, że sprawia nam radochę i wielką przyjemność granie tych wszystkich swoich piosenek i przekazywanie pewnych idei publiczności. Ciągle mamy wiele pomysłów na płyty i piosenki, także absolutnie nie składamy broni. W przyszłym roku na pewno będzie zupełnie nowa płyta, bardzo oryginalna i na pewno zaskoczymy bardzo wielu fanów.

W 1991 roku podczas występu w Jarocinie na scenie robiliście zwinne przewroty w kolorowych kreacjach. Myśleliście wtedy, że po przeszło 20. latach wciąż będziecie „uprawiać” rock’n’rolla?

- Fikołków już nie robię na scenie, bo mam problemy z kręgosłupem. Może bym go sobie złamał, ale w młodości, gdy chodziłem do szkoły podstawowej, trenowałem judo i nauczyłem się jak padać, by nie zrobić sobie krzywdy. Wielokrotnie padałem na wielu różnych scenach – drewnianych, betonowych i często nawet wykonywałem jakieś parometrowe szczupaki w publiczność. Raz nawet scena okazała się za krótka i walnąłem, tak zwanego, klasycznego orła. Pewnie dzisiaj ten koncert wyglądał trochę inaczej niż te dwadzieścia parę lat temu. Dziś już jesteśmy bardziej ograniczeni ruchowo, ale dynamika i energia jest zachowana.

A czy po tylu latach macie jeszcze ochotę opisywać polską rzeczywistość z przymrużeniem oka?

- Nas to strasznie nakręca. Ciągle mamy jakieś pomysły i ciągle spieramy się z tą polską rzeczywistością, która nas otacza, bo paranoi w Polsce nie brakuje. Oczywiście bywa też tak, że jesteśmy znudzeni jakąś tematyką, na przykład polityką. Wtedy powstają piosenki apolityczne, czysto rozrywkowe jak „Kocham piwo” czy „Facet to świnia”. Gdyby Big Cyc ciągle śpiewał o polityce, byłby nudny. Dawno temu byliśmy zespołem mocno zaangażowanym politycznie. Teraz jesteśmy może nieco bardziej rozrywkowi, ale i tak jesteśmy jednym z niewielu, któremu zdarza się poruszać ważkie tematy. Dlatego też nie ma nas w radio od wielu lat, jesteśmy częściej obecni w telewizji. Oczywiście grają nas małe rozgłośnie, ale te mainstreamowe stacje boją się naszych piosenek, ponieważ tam padają nazwiska różnych znanych uczestników życia publicznego, polityków czy celebrytów. Radio unika takich tematów, bo oczywiście łatwiej jest puszczać piosenki o niczym – o tym, że chmurka frunie po niebie i wszyscy są szczęśliwi.

No właśnie, a jak chcielibyście po latach zostać zapamiętani? Jako ważny element polskiej popkultury, do którego przebojów, takich jak „Makumba” czy „Guma” bujała się cała Polska, czy jednak, jako zespół wywodzący się z podziemia, który pod tą kabaretową fasadą zawsze miał coś do powiedzenia?

- To jest ciekawe pytanie, bo na to jak zostaniemy zapamiętani paradoksalnie nie mamy większego wpływu. Trochę łączymy wodę z ogniem, jest trochę sprzeczności w tym, co robimy, ale ja upatruję w tym potęgę i siłę, bo siła jest w różnorodności. My jesteśmy ludźmi twórczymi, też poszukujemy, na przykład w zeszłym roku ukazała się bardzo nietypowa nasza płyta „Zadzwońcie po milicję” – piosenki z czasów stanu wojennego. Płyta, która przeszła bez większego echa, miała takie recenzje, jakich nie mieliśmy od wielu lat. To były piosenki gdzieś wygrzebane z archiwum. Pół żartem, pół serio mówiliśmy, że to pierwsza poważna płyta zespołu – poważna w sensie tematyki. Tam nie ma żadnych jaj, jesteśmy już panami po czterdziestce i dojrzeliśmy do tego, żeby obok „Babci klozetowej” śpiewać też inne rzeczy i to jest istotne. Nie ułatwiamy roboty naszym odbiorcom. Pewnie niejeden czeka na kolejną „Makumbę” i kolejny „Świat Według Kiepskich”, ale tutaj nie jest tak łatwo z nami. To jest dowód na to, że szukamy nowych czarnych dziur w kosmosie i staramy się te czarne dziury wypełniać jakąś swoją osobowością.

A zakładając mocno satyrycznego Big Cyca, postrzegaliście go, jako lekki pastisz punk rocka czy odwrotnie – uważaliście za jego sedno?

- Wtedy jeszcze nikt nie myślał o kabarecie muzycznym, jak się teraz nas określa. Tak nawet tego nie nazywano, bo my byliśmy członkami Pomarańczowej Alternatywy, biegaliśmy w różnych happeningach… Raczej byliśmy rewolucjonistami, chcieliśmy wyśmiewać polski rock, który naszym zdaniem był mało polityczny. Rzeczywiście w tamtym czasie te słynne grupy odeszły od tematyki politycznej, przekształciły się w zespoły śpiewające jakieś erotyki. „Babcia klozetowa” jest zresztą parodią erotyku – piosenki miłosnej, której w tamtych czasach pełno leciało w wykonaniu moich bliższych lub dalszych kolegów. My raczej byliśmy takim granatem, który miał rozsadzić ten rock’n’roll. Po części to się udało, a po części nie, w tym sensie, że normalne życie koncertowe, muzyczne nas pochłonęło. My na początku się z tego środowiska bardzo naśmiewaliśmy i szydziliśmy. Byliśmy w opozycji i w kontrze, a po latach – i trzeba to szczerze przyznać – staliśmy się częścią normalnego rynku muzycznego. Zresztą zmieniły się też czasy – gdyby dalej był PRL, pewnie byśmy byli w czymś w rodzaju konspiracji i bylibyśmy tzw. królami undergroundu, ale teraz absolutnie nie ma to żadnego sensu. My byliśmy w podziemiu, kiedy ono było prawdziwe, a dzisiaj określenie „underground” właściwie może znaczyć wszystko i nie znaczyć nic. Ja do końca nie wiem, co to znaczy, bo to raczej jest tylko taki szyld, pod który często chowają się ludzie, którzy nie potrafią grać albo słabo grają i ta zawieszka ma ich dowartościować. My od lat pracujemy swoim systemem. Big Cyc, to zespół, który sprzedał dwa miliony płyt, wydał siedemnaście albumów, zagraliśmy kilka tysięcy koncertów. Mamy swój dorobek i swoją publiczność. Wczoraj na przykład byłem w Jarocinie. Bardzo wiele osób pytało, czemu nie gramy na tym festiwalu albo mówili, że wychowali się na moich piosenkach. Takie spotkania mam non stop i to jest bardzo miłe. To znaczy, że byłem częścią życia umysłowego mojego pokolenia, że wpływałem na ich wybory, poglądy. Najgorsza w sztuce jest obojętność, a wobec Big Cyca trudno być obojętnym.

W takim razie, jak podchodzicie do opinii, że to zespoły, takie jak Lady Pank czy Perfect obalały w Polsce komunizm?

- To jest nieprawda. Oczywiście, to były wielkie zespoły i bardzo popularne w tamtym czasie. One leciały non stop w radiu i też miały wielkie przeboje, które wszyscy nucili z uniesionymi zapalniczkami do góry. Można o nich wszystko powiedzieć, ale nie, że są to zespoły nurtu niezależnego. Dlatego m.in. wydaliśmy rok temu płytę „Zadzwońcie po milicję”, żeby nadrobić braki w edukacji wielu „znawców”, którym główne nurty pomieszały się z prawdziwym podziemiem.  Zwróć uwagę, że na tej płycie zebraliśmy specjalnie takie zapomniane zespoły, bo gdybyśmy wzięli Dezertera, KSU, to byłoby już pójście na łatwiznę. To są najbardziej znane kapele z nurtu niezależnego, grają nadal i nadal tworzą. Zależało nam na takich zapomnianych zespołach, jak Brzytwa Ojca czy Miki Mousoleum. Ta płyta, to był ukłon w kierunku zespołów z tego prawdziwego podziemia z lat osiemdziesiątych.

1 sierpnia na Przystanku Woodstock zagracie koncert „The best of”, ale przecież na wszystkich koncertach Big Cyca słychać przekrój jego całej działalności. Czego specjalnego publiczność festiwalu może się więc spodziewać?

- Szykujemy parę fajerwerków, na pewno będzie to lot koszący nad wszystkimi najbardziej ciekawymi piosenkami Big Cyca, polany sosem dekadencji i anarchistycznej energii. Mogę tylko zaprosić wszystkich na Przystanek Woodstock i zapewnić, że razem z Big Cycem postaramy się zrobić taką dynamiczną petardę sceniczną.

Dziękuję za rozmowę.

fot. Mariusz Śniedziewski