nowaSroda

Środa Wlkp. Powiatowy Portal Internetowy

Reklama

Start Artykuły Wywiady NIEZWYKŁA HISTORIA – WSZYSTKO JEST MOŻLIWE
NIEZWYKŁA HISTORIA – WSZYSTKO JEST MOŻLIWE Drukuj Email
Wpisany przez Małgorzata Frąckowiak   
piątek, 09 sierpnia 2013 19:31

Z Infułatem ks. Aleksandrem Raweckim o jego życiowych losach i niezwykłym zdarzeniu, oraz jak niemożliwe stać się może możliwym rozmawiała Ange

Po 75 latach odnalazła się rodzina, która w czasie wojny dała schronienie ks. Infułatowi Aleksandrowi Raweckiemu, jego Matce i rodzeństwu... To nie koniec historii – kolejny cel i pragnienie księdza, to odnaleźć miejsce pochówku swej mamy. Mało kto wie, że ks. Aleksander Rawecki urodził się we Francji, choć jego ojczyzną była i jest Polska. Mało kto wie o jego niełatwych wręcz tragicznych życiowych losach i o niezwykłym wydarzeniu w miniony czwartek 25 lipca, które daję wiarę, że wszystko jest możliwe, a kto szuka ten znajdzie i że nic nie dzieje się przypadkiem.

Zdarzyło się coś niezwykłego. Odnalazła się rodzina, która dała Księdzu i rodzeństwu schronienie podczas wojny w 1939 roku. Czy oni sami odszukali Księdza?

- No właśnie i tu jest trochę przykrości. Zanim opowiem muszę wspomnieć, że osoby chcące bezinteresownie nawiązać ze mną kontakt, nie mogły tego uczynić. Pani Marta Marzec, absolwentka Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, prawnuczka nieżyjącego już człowieka, który dał schronienie mi, mej matce i memu rodzeństwu przypadkowo napotkała artykuł opublikowany w Internecie. Niejednokrotnie słuchając opowieści swego dziadka, spełniając ostatnią wolę swego ojca, skojarzyła, że chodzi o mą poszukiwana osobę. Próbowała nawiązać ze mną kontakt poprzez kościelną stronę internetową, poprzez administratora strony, lecz nie udzielono jej pomocy, nie podano jej żadnego kontaktu do mnie, żadnych namiarów. Jakbym nie istniał, jakby nikt o mnie nic nie wiedział. Wystarczyło podać adres lub telefon. To jest bardzo przykre. Jej determinacja nakłoniła ją do kontaktu poprzez stronę Chóru. Tam na jej pytania i wezwania odpowiedział Przemysław Piechocki i tak doszło do kontaktu ze mną…

…i tak doszło do spotkania z tą rodziną. Jakie losy spotkały Księdza?

- Urodziłem się we Francji, dokąd ojciec wyjechał za pracą. Pracował w kopalni. Francuzi wyrzucali Polaków w obawie o konkurencję na rynku pracy, był czas kryzysu. Gdy miałem 8 miesięcy przyjechaliśmy do Polski, zamieszkaliśmy w Lesznie, a tu sytuacja była jeszcze gorsza. Bieda i walka o pracę, by przetrwać. Przyjazd do Polski miał być tymczasowy, ale zastała nas wojna. Ojciec został zmobilizowany. Moja mama Bronisława z trójką dzieci (ja, brat Ludwik i siostra Helena) chciała jechać do swojej teściowej w okolice Wielichowa. Uciekaliśmy przed Niemcami, w okropnych warunkach, w bydlęcych wagonach. Ale pociąg skierowano w stronę Kutna. Błąkaliśmy się. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Schronienia udzielił nam sołtys (pradziadek pani Marty Marzec – dop. red.) wsi pod Gostyninem i jego rodzina. Też wówczas biedna. Niestety matka zachorowała niedługo po przybyciu do wsi, okoliczne szpitale były przepełnione, sołtys w trudnych warunkach 11 km wozem zawiózł mamę do szpitala w Kutnie, ale ona zmarła. Miała 23 lata.

Wiadomo z jakiej przyczyny umarła i gdzie ją pochowano?

- Nie. Była młoda, szczuplutka. Zmęczona życiem i „szukaniem” chleba. Miała przecież w tak młodym wieku trójkę małych dzieci, a życie było ciężkie. Wojna, różne choroby, tyfus itd. Nie wiem. Myślałem, że dowiem się od syna sołtysa podczas spotkania, gdzie pochowano moja mamę, ale sołtysowi ciała już nie wydano, gdy wówczas po raz drugi, z poświęceniem, po nią pojechał do szpitala i dowiedział się, że zmarła.

Pani Marta tak opowiada tę historię:

„Dziadziuś ze łzami w oczach opowiadał jak przekazano wiadomość małemu Olkowi i Ludwikowi, powiedział, że do końca życia nie zapomni tego bólu w ich oczach. (...) Jestem przekonana, że mały Olek ze wspomnień dziadka to ksiądz Infułat Aleksander Rawecki..." (fragment listu p. Marty Marzec)

Czy pamięta Ksiądz ten moment? Los sieroty nigdy nie był łatwy, a psychika i serce zawsze pozostaje zranione.

- Coś tam pamiętam. Wiele mam niezatartych wspomnień. Tak. Czasy były ciężkie i smutne. Dlatego od tego momentu, już 75 lat szukam grobu, pochówku mej matki. Nie ustawałem w poszukiwaniach, a pomagał mi mój nieżyjący przyjaciel. Po śmierci mamy nic nie wiedzieliśmy o rodzinie, ani o nas. Byliśmy sierotami. Ja byłem najstarszy, miałem 5 lat, siostra 3, a najmłodszy brat 2 latka. Trudno mi o tym mówić. Zajęli się nami obcy ludzie. Chciano nas zgermanizować lub gdzieś wywieźć… Lecz sołtys z wsi pod Gostyninem koło Kutna ocalił nas i postanowił, że co dwa dni będziemy mieszkać kolejno u różnych ludzi (tzn. sąsiadów). Jakoś na Boże Narodzenie odnalazła nas matka chrzestna mego brata i przywiozła nas do „poznańskiego”, potem zaopiekowała się nami siostra mego ojca, a ojciec ożenił się powtórnie.

Pragnieniem Księdza jest odnalezienie grobu swej mamy. Taki cel.

- Kto by nie chciał znać grobu swojej matki. Zdaję sobie sprawę i nawet na to nie liczę, że grób (mogiła) istnieje po tylu latach, ale chociaż miejsce pochówku, cmentarz. Mało kto wie, że ja nie mogłem chodzić na cmentarz w uroczystość Wszystkich Świętych. Czyniłem to dopiero obejmując funkcje proboszcza. Nie dlatego, że nie chciałem, lecz nie mogłem patrzeć na zaniedbane groby, wiedząc, że gdzieś tam, być może, jest taki sam grób mej matki, a ja, mimo możliwości, nie mogłem nic uczynić.

Pojawiła się nadzieja…

- …tak. Pani Marta Marzec nawiązała kontakt z proboszczem parafii w Kutnie i jest nadzieja na przybliżenie faktów. Ja byłem nawet na tym cmentarzu. Chodziłem, pytałem tamtejszych kopaczy. Liczę na to, że uda mi się pozyskać więcej informacji. Mam list mej matki z 10 stycznia 1938 roku, gdy pisała do swej siostry. (Tutaj ksiądz czyta fragment serdecznego i wzruszającego listu mówiącego o ciężkiej sytuacji matki Księdza, o braku pieniędzy na znaczek pocztowy. W liście jest prośba, by siostra odebrała list i zapłaciła znaczek, bo jeżeli ona to uczyni, nie będzie miała na chleb.)

Wróćmy do momentu spotkania, w miniony czwartek 25 lipca, z rodziną, która pomogła Księdzu w czasie okupacji. Po nawiązaniu kontaktu pojechał ksiądz do wsi pod Gostyninem.

- Tak. Do wsi jechałem z przerażeniem. Trudna droga, a prawie jej nie było. Miejscowość jakby zarośnięta krzewami, drzewami. A tam czekała i zebrała się prawie cała rodzina, blisko 11 osób. Ugoszczono mnie i przyjęto niezwykle serdecznie. Tego nie da się wyrazić słowami. Spotkanie dające chwile pełne wzruszeń i wspomnień. W mej pamięci są pewne fakty i wiele myśmy sobie wyjaśnili i uzupełnili. To niezwykłe przeżycie. Proszę sobie wyobrazić, co każdy czułby w takiej sytuacji. Do dziś jeszcze nie mogę dojść do siebie. Cudowna rodzina. Najpiękniejsze to, że czyniła to bezinteresownie. Syn sołtysa, a dziadek pani Marty spełnił ostatnią wolę swego ojca, by mnie odszukać. To niewiarygodne, że tacy dobrzy ludzie są, że chcą czynić dobro.

Po tylu latach doszło do takiego spotkania. Spełniło się Księdza pragnienie. Czy nie ma Ksiądz wrażenia, że wszystko jest możliwe, że świat jednak jest mały, że ktoś jakby czuwa nad Księdzem, by ziemskie sprawy zostały wyjaśnione?

- Trochę późno, bo szukam całe życie, ale fakt, że dużo się wyjaśniło i ktoś czuwa. Teraz mój cel to grób mej matki. Nikt z bliskich nie interesował się tym specjalnie. Natomiast ja tak i wierzę, że sytuacja pochówku mej matki zostanie w jakimś stopniu wyjaśniona.

Tego Księdzu życzę i dziękuję za niezwykle wzruszająca rozmowę.

- Dziękuję bardzo.

PS. Dla informacji czytelników, proboszcz kolegiaty nie jest administratorem strony. Stronę administruje osoba świecka.