nowaSroda

Środa Wlkp. Powiatowy Portal Internetowy

Reklama

Start Artykuły Wywiady „ROBILIŚMY WSZYSTKO, CO MOGLIŚMY ZROBIĆ DLA RYŚKA”
„ROBILIŚMY WSZYSTKO, CO MOGLIŚMY ZROBIĆ DLA RYŚKA” Drukuj Email
Wpisany przez Małgorzata Frąckowiak   
środa, 21 sierpnia 2013 14:03

RCnadW_60

Podczas kolejnej rocznicy Bitwy Warszawskiej przed średzką publicznością wystąpił zespół Dżem. Z jego basistą i współzałożycielem, Benedyktem „Beno” Otrębą o tragicznych losach zespołu, współpracy z Jackiem Dewódzkim i planowaniu przyszłości rozmawiał Szymon Hamela.

Od lat śpiewacie, że „wehikuł czasu, to byłby cud”, ale dla twórczości zespołu Dżem czas już dawno zatrzymał się w miejscu. Macie jakiś specjalny przepis na komponowanie utworów, które później śpiewać będzie kilka następnych pokoleń?

Wciąż są takie utwory, bo np. „Kołyska”, „Partyzant” to są utwory nowe i one jakoś fajnie zostały przyjęte przez publiczność. Nie jesteśmy zespołem, który spoczął na laurach, zawsze staramy się – pomimo tego, co nas w życiu spotkało, różnych dramatycznych sytuacji – iść do przodu. Każdy z nas ma jeszcze jakieś pomysły, chce coś zrobić i poświęcamy na to swój czas. Jesteśmy bardzo zajęci, gramy wiele koncertów, mamy dużo zobowiązań wobec różnych ludzi, przygotowujemy się powoli do 35-lecia w przyszłym roku. Ciągle myślimy do przodu.  Nigdy jednak nie wiadomo, jaki numer się przyjmie, a jaki się nie przyjmie, ale dopóki będziemy istnieć, to będziemy tworzyć nowe rzeczy.

Muzyka może być nieśmiertelna, ludzie jednak niestety nie. Myśli Pan czasami o chwili, gdy wyjdziecie na scenę, by powiedzieć „dziś gramy dla was po raz ostatni”?

Ja nie wiem jak to będzie i nie chcę tymi kategoriami myśleć. Może się to zdarzyć tak, jak z Pawłem (Bergerem – przyp. red.), może to się zdarzyć tak jak z Ryśkiem (Riedlem – przyp. red.), że trwało coś dłuższy czas, a nagle nadeszło nieuniknione. Wtedy akurat było wszystko dobrze – założyliśmy własną firmę, zapowiadało się fajnie, a nagle stało się to, co się stało. Pomogliśmy Ryśkowi wprawić zęby, ale myśmy nie wiedzieli, że on jest tak bardzo uwikłany w ten swój nałóg, nie mieliśmy tej świadomości i myślę, że w tamtych czasach w Polsce też za bardzo nie było na ten temat dużej wiedzy. Robiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić dla Ryśka, lecz niestety życie zadecydowało inaczej. Paweł umówiony był z córką, zadzwonił, że zabierze ją do lekarza, a po piętnastu minutach już nie żył. Dlatego nie można nic planować, bo podobno jak człowiek planuje, to się Pan Bóg śmieje, tak więc my nie planujemy za mocno, ale staramy się z pewnych rzeczy wywiązać – choćby z 35-lecia.

Zespołu Dżem już dawno jednak mogłoby nie być. Po śmierci Ryśka Riedla w 1994 roku wielu uważało, że zespół automatycznie powinien przestać istnieć. Postanowiliście jednak grać dalej.

To był nasz wybór, dlaczego mieliśmy słuchać kogoś, kto sobie coś wyobrażał? My mamy swoje życie i wybieramy tak, a nie inaczej. Nie wyobrażamy sobie życia bez tego. Po tym co było z Ryśkiem, to mogliśmy pogrążyć się w jakichś nałogach, mogliśmy też ze sobą skończyć. My byliśmy razem bardzo blisko ze sobą i postanowiliśmy to ciągnąć, bo to nam po prostu było potrzebne do egzystencji, do przetrwania.

Postać Riedla była bardzo charyzmatyczna. Nie obawialiście się, że po wyborze Jacka Dewódzkiego w konkursie na nowego wokalistę Dżemu nawet Wasza najwierniejsza publika oskarży Was o odcinanie kuponów od tego, co robiliście z Ryśkiem?

Jak ktoś chce dołożyć, to powód się zawsze znajdzie. Nas to nie interesuje – my robimy swoje. Nie odcinamy żadnych kuponów, staramy się grać za każdym razem tak, jakby to był nasz pierwszy i ostatni koncert. To, co robimy jest naszą pasją i będziemy to robili do końca życia.

Macieja Balcara publiczność szybciej zaakceptowała niż Dewódzkiego. Domyśla się Pan, z czego to wynikło?

Ja myślę, że Jacek Dewódzki przyszedł do nas od razu po śmierci Ryśka i to był ten kontrast, natomiast on to przyjął na siebie – być może w nieświadomości. Nigdy nie był fanem Dżemu, oczywiście znał utwory, grał je na ogniskach i tak dalej, ale nie wiedział, czym jest Dżem, co to jest w ogóle za zjawisko muzyczne. Zetknął się dopiero z tym i potem wspólnie nie udźwignęliśmy tej presji, która była i rozstaliśmy się. Zaczęliśmy współpracować z Maćkiem Balcarem i to wszystko. Nie było żadnych animozji – po prostu rozstaliśmy się. Jak to w życiu bywa.

Podobno „w życiu piękne są tylko chwile”. Dla zespołu Dżem, która okazała się najpiękniejsza? Jarociński debiut w 1980 roku, któryś z legendarnych koncertów w Spodku, z którego nagrania wciąż żyją w Internecie własnym życiem, czy te całkiem niedawne występy, na festiwalu „Ku Przestrodze”, organizowanym ku pamięci Riedla?

Nas los obdarzył takim szczęściem, że mieliśmy w życiu bardzo wiele tych wspaniałych chwil. Chociażby dzisiejszy koncert i to nadaje sens naszemu życiu. Mamy ich bardzo dużo i coraz więcej, pomimo tych tragicznych chwil, jakie przeżyliśmy. Nie nadaje się na wywiad opisanie tego, co po śmierci Ryśka i po śmierci Pawła czuliśmy. To jest nasze osobiste przeżycie, to tak jakby stracić członka własnej rodziny. Ja pochowałem już dwóch starszych braci. W związku z tym, że mam już swoje lata, mam do czynienia z tym, jak moi przyjaciele, a nawet bracia odchodzą. To jest smutne, ale takie jest życie.

Wyczytałem, że w młodości chciał Pan zostać kolarzem. Dziś chyba nie żałuje Pan? Jako kolarz już dawno zakończyłby Pan sportową karierę, a jako muzyk wciąż gra dla tysięcy ludzi.

Ja myślę, że wielu rzeczy się w życiu żałuje, bo to nie jest jakiś nieskazitelny życiorys – ja się na takiego nie kreuję. Wiele się w życiu głupot narobiło, ale to mi się akurat udało. To, że zacząłem grać i wciąż gram, poświęciłem się temu do reszty i może dlatego są tego takie rezultaty. Byliśmy w tym bezkompromisowi – nie tylko ja, ale moi koledzy również. Wiedzieliśmy, że musimy po prostu grać, a jak to będzie wyglądać nie wiedział nikt – po prostu stało się, jak się stało.

Dziękuję za poświęcony czas.